Moja księga godzin - Frans Masereel

 


Wydawnictwo Lokator

"Moja księga godzin" to po "Idei" i "Mieście" kolejna pozycja tego autora wydana w Polsce przez Wydawnictwo Lokator. Masereel należy do prekursorów komiksu niemego, jego tytuły to absolutne klasyki, dzięki Lokatorowi odkurzone i podane polskiemu czytelnikowi w elegancki i należyty sposób.

Omawiany tytuł jest nieco inny w swoim przesłaniu i zamyśle niż poprzednie tytuły. "Idea" i "Miasto" były fabularnie spójne, miały logiczny ciąg wydarzeń. W "Mojej księdze godzin" Masereel nie próbuje za wszelką cenę opowiedzieć jednej, konkretnej historii, próbuje on natomiast uchwycić samo doświadczenie życia, ze wszystkimi jego sprzecznościami, zachwytami i rozczarowaniami. Nie znajdziemy tu ani jednego słowa, dialogu czy narracyjnego komentarza. Zamiast nich otrzymujemy serię czarno-białych drzeworytów, które składają się na opowieść o człowieku rzuconym w wir wielkiego miasta i próbującym odnaleźć w nim własne miejsce. To komiks w formie niemal pierwotnej, a zarazem dzieło zaskakująco bogate w treści.

Masereel opublikował swoją książkę w 1919 roku w nakładzie 212 egzemplarzy. w Europie naznaczonej doświadczeniem pierwszej wojny światowej. Belgijski artysta, znany ze społecznego zaangażowania i bezkompromisowej krytyki wojny, tym razem skierował swoją uwagę na siebie i swoje doświadczenie. Zaproponował historię głęboko autobiograficzną. Nie oznacza to jednak ucieczki od rzeczywistości. Przeciwnie, to właśnie codzienność, z jej przyjemnościami, pokusami i bolesnymi zderzeniami z innymi ludźmi, staje się głównym tematem tego dzieła.

Bohater przybywa do miasta niczym ktoś, kto dopiero rozpoczyna przygodę. Jest ciekawy świata, otwarty na nowe doświadczenia i pozbawiony bagażu, który mógłby powstrzymać go przed rzuceniem się w wir życia. Miasto oferuje mu niemal wszystko: miłość, rozrywkę, przyjaźń, pracę, spotkania i możliwość uczestniczenia w zbiorowym doświadczeniu. Każde kolejne przeżycie pozostawia jednak ślad. Początkowa niewinność stopniowo ustępuje miejsca rozczarowaniu, a swoboda zderza się z ograniczeniami rzeczywistości. Nie jest to opowieść o jednej wielkiej tragedii, lecz o całym szeregu drobnych i większych doświadczeń, które z czasem zmieniają sposób patrzenia na świat.

Masereel to mistrz opowiadania obrazem. Kolejne kadry, choć pozbawione długiej fabuły, stanowią kwintesencję życia, przeżywania i wspomnień. Chyba w ten sposób możemy właśnie zmierzyć talent autora, który potrafi momentalnie przyciągnąć uwagę i skłonić czytelnika do wielokrotnych powrotów.

W tym właśnie tkwi siła „Mojej Księgi godzin”. Pod powierzchnią obrazów pulsuje życie. Miasto jest głośne, chaotyczne i pełne sprzeczności, choć na papierze pozostaje całkowicie nieme. Masereel potrafi zbudować wrażenie ruchu, dynamiki i nieustannego napływu bodźców, wykorzystując wyłącznie kompozycję, kontrast oraz sekwencję kolejnych przedstawień. Nie potrzebuje efektownych zabiegów ani skomplikowanej konstrukcji fabularnej. Wystarczy mu uważna obserwacja człowieka i otaczającego go świata.

Zatrzymajmy się teraz i spójrzmy na technikę którą operował Masereel, bo to właśnie ona tworzy niezwykłą specyfikę prac tego artysty. Wrzucam cytat ze strony Lokatora, bo myślę, że te słowa dokładnie to wyjaśnią i nie ma raczej sensu próba ich parafrazy.

"Frans Masereel rysuje tuszem chińskim całość „Mojej księgi godzin”, nim przystąpi do wycinania jej w drewnie, a gotowe drzeworyty pozostają wyjątkowo wierne rysunkom przygotowawczym. Artysta pracuje w bardzo twardym drewnie gruszy, sezonowanym przez kilka lat. Używa bloków o grubości około 23 milimetrów, co pozwala odbijać ryty zarówno na prasie mechanicznej, jak i ręcznej. Zazwyczaj Masereel opracowuje płyty z obu stron. Na pierwszym etapie całkowicie zaczernia powierzchnię przeznaczoną do pracy, następnie rysuje na niej białą linię, mniej lub bardziej precyzyjną, zależnie od złożoności kompozycji. Dopiero potem, posługując się rylcem, dłutem, nożem lub drobnymi narzędziami metalowymi, przystępuje do właściwego rytowania. Rytowany rysunek stanowi lustrzane odbicie późniejszego druku, dlatego Masereel nieustannie kontroluje swoją pracę za pomocą lustra. Następnie nakłada farbę wałkiem drukarskim, który styka się z pierwotną powierzchnią klocka, pozostawiając na niej warstwę farby typograficznej. Odbitka wykonywana jest pod prasą płaską lub przy użyciu tamponu."

Oczywiście, współczesny czytelnik może odczuwać pewien dystans wobec tego sposobu opowiadania. Nie ma tu fabularnych komplikacji i plot-twistów do których większość z nas jest przyzwyczajona, a część scen ma charakter symboliczny lub alegoryczny. Nie wszystko musi też działać z taką samą siłą. Niektóre obrazy pozostają bardziej sugestywne od innych, a całość wymaga zwolnienia tempa i zaakceptowania faktu, że sens nie zawsze jest podany na tacy. Jeśli jednak potraktujemy tę książkę nie jak komiks, który powinien spełniać współczesne oczekiwania gatunkowe, lecz jak próbę zbudowania uniwersalnej opowieści za pomocą obrazów, jej siła staje się znacznie bardziej oczywista.

„Moja Księga godzin” to pozycja ważna nie tylko ze względu na swoją historyczną rolę. To również dzieło, które wciąż potrafi przemawiać do czytelnika, ponieważ jego podstawowy temat pozostaje aktualny. Zmieniają się miasta, obyczaje i sposoby komunikacji, ale ludzkie potrzeby, słabości oraz pragnienie odnalezienia sensu pozostają zaskakująco podobne.

Wydanie Lokatora daje polskiemu czytelnikowi możliwość obcowania z jednym z klasycznych dzieł narracji obrazkowej. To książka, którą warto czytać powoli, wracając do wybranych plansz i pozwalając im wybrzmieć. Nie jest to lektura dla każdego, ale dla miłośników komiksu eksperymentalnego, niemej narracji i historii medium może okazać się doświadczeniem szczególnie satysfakcjonującym.

W komiksie znajdziecie również dodatki; zdjęcia, kalendarium, interpretacje drzeworytów i inne.







Komentarze